Oj daj Pan spokój z tą alchemią!

0 Flares Facebook 0 0 Flares ×

 Znowu kolejny artykuł o alchemii…

Cholera. Do tej pory dowiedziałem się chyba wszystkiego. No po prostu, nie ma już o czym mówić. Na nic ciekawego nie trafiam.

Po prawdzie, gdy ostatnio rzadziej studiuję alchemiczne teksty, tak właśnie jest. Mało nowych pomysłów związanych z naturą Słońca, czy też Wody, przychodzi mi do głowy. Wiem, że one tam są, nie dotarłem jednak jeszcze do kluczy, którymi bym je odblokował. I z tego powodu dzisiaj zupełnie nie o alchemii, serio :)

Reportaż fotograficzny, z Warszawy, niedzielnego dnia 19 czerwca.

Poprzedniego dnia usiadłem i sprawdziłem co się dzieje w Warszawie. Zapisałem sobie kilka interesujących wydarzeń i wyruszyłem w celu zapoznania się z nimi. By wyrobić się ze wszystkim, zacząłem od pójścia do kościoła. Msza tego dnia nie dotarła w pełni mojej uwadze, przez moje myśli przebiegały wnioski z dnia wczorajszego. Dla mnie to ciekawe, jak stopień skoncentrowania się na czymś wpływa na ilość przyswojonych informacji. Wyniosłem niewiele, jednak czułem, że tym razem niewiele z tych słów skierowanych jest do mnie. Lubię to w kościołach, że niemal zawsze usłyszę w trakcie liturgii coś, co znakomicie wpasowuje się w moment, w jakim teraz jestem. Gdy potrzebuję rady – dostaję ją. Gdy potrzebuję wsparcia – dostaje je. Gdy coś mnie zastanawia – słyszę odpowiedzi. Słowa dopasowują się do moich myśli. Rozumiem coś, czego nie rozumieją inni. Inni rozumieją coś, czego nie rozumiem ja. Wszyscy rozumiemy Słowo w pełni.

Wyszedłszy z kościoła, po wyjściu z metra, skierowałem się na ulicę Wiśniową. Zapisane miałem, że „Wietrzenie szaf” miało odbywać się pod numerem 43. Ruszyłem w zamierzonym kierunku. Moją uwagę przykuł „Spożywczy”.

Witryna sklepu spożywczego.

 Na końcu ulicy okazało się, że nie ma niej numeru 43. Jest 41. Chłopaka, który zapytał się mnie o godzinę, zapytałem się gdzie jest Wiśniowa 43. Odpowiedział mi, że w jedną stronę numery rosną, w drugą stronę maleją. Dopowiedziałem, że nie chodzi mi o ulicę, na którą wskazuje. Chodziło mi o prostopadłą. Stwierdził, że na niej też numery w jedną stronę rosną, w drugą stronę maleją. Podziękowałem, ruszyłem w kierunku, w którą miały rosnąć. Po drodze zapytany mężczyzna nie wiedział, gdzie miałaby być Wiśniowa 43. Pewnie gdzieś w parku – stwierdził. Miał na myśli skwerek. Wszedłem tam, usiadłem i sprawdziłem w internecie gdzie jest „Wietrzenie szaf”. Jest pod numer 46. Zobaczyłem, że do <nazwa> kawiarni prowadzą strzałki. Na szyldzie wisiały dwie parciane torebki z logiem „Wietrzenia szaf”. Zajrzawszy do kawiarni stwierdziłem, że tam chyba na kiermasz nie ma miejsca. Wyszedłem. Z bramy obok wyszła kobieta, weszła inna. Wszedłem w bramę. W wyłożonym biało-czarnymi płytkami korytarzu zobaczyłem rozklejone wlepki z fotografiami i wyjście na podwórze. Przeszedłem i wyszedłem na wewnętrzny trawnik. Tu miałem nadzieję znaleźć prezent dla mojej dziewczyny. Kilka kobiet stało ze swoimi ciuchami. Rozłożone miały je na prześcieradłach, kilka wywieszonych było na garażu, na drzewie, zaś jedna sprzedawczyni miała własny wieszak sklepowy. Ubraniom faktycznie należało się wietrzenie. Wśród kilku szmatek, nie dostrzegłem niczego modnego. Kobiety pozbywały się łaszków sprzed 3-4 lat. Szkoda czasu, wyszedłem szybko.

Uliczna wystawa

Następne w kolejności znalazło się Muzeum Plakatu w Wilanowie. Zawsze można znaleźć tam tak ciekawe wystawy. Otwarte ostatnio 25 Międzynarodowe Biennale Plakatu interesowało mnie szczególnie. Na taką okazję na pewno nie patyczkowali się. Wierzyłem, że rozsądnej dyrekcji znowu udało się stworzyć coś ciekawego na tej względnie niewielkiej przestrzeni. Po drodze napotkałem piknik historyczny, na którym kilku pasjonatów średniowiecza pokazywało zwyczaje, ubiór, broń i sposób mieszkania z okresu. Kowal wachlował swą dwuchawą, by rozgrzać kute żelazo. Kwatermistrz pokazywał swą kolekcję szabel, buzdyganów i pistoletów. Powiedział, że

 To muzeum, więc wszystkiego można dotykać

 Zebranym rozszedł się blask w oku. Każdy, po kolei, zaczął sięgać do kolejnych egzemplarzy. Kwatermistrz opowiadał o buławie, oznace statusu. O czymś, co miało służyć do walki z opancerzonym wrogiem. O pistoletach, które były takie ciężkie, by po nietrafionym strzale móc zlać przeciwnika w głowę kawałkiem żelastwa. Ruszyłem dalej. W namiocie obok prezentowano królewską jakość życia w podróży. Już w tamtych czasach trzymałby zdjęcie żony obok łóżka. Obok ustawiono stoisko z książkami, na które jednak nie spojrzałem – nie taki był mój cel, by oddawać się lekturze i kupować kolejne pozycje literatury. Idąc w stronę wilanowskiego Muzeum Plakatu, zauważam potykacz informujący o odbywającym się dzisiaj pokazie mody. Spojrzałem na zegarek. Zdążę. Według harmonogramu, teraz odbywają się przygotowania. Mam około 1,5 godziny na zobaczenie Biennalle – pomyślałem.

Kowal

 Tutaj nie będę wiele opowiadał. O ile będziesz w Warszawie, odwiedź tę wystawę. Jest udana i inteligentna. Znajdziesz tutaj plakaty związane z akcjami reklamowymi, polityczne, społeczne… Choć wystawa nie jest duża, jest co oglądać. W drugim budynku odnajdziesz interesujące przejścia plakatu w świat digitalu. Zobaczysz memy, plakaty VR i nowe środki wyrazu. Na mnie największe wrażenie zrobiło te 6 plakatów, które kurator wystawy umieścił na piętrze. Spotkamy się w nich z ugryźliwą, humorystyczną krytyką kapitalizmu i świata marketingu. Bilety są bardzo tanie (płaciłem bodajże 8 zł, ulgowy kosztuje 5 zł) i to naprawdę niewiele. To wystawa znacznie większa, niż np. ekspozycja rzeźb Dunikowskiego i Rodina w muzeum Dunikowskiego, na którą bilet kosztuje 14 zł (I jest jak najbardziej wart tej kwoty!!! POLECAM! Dla porównania, w czwartki do Zachęty możemy wejść za darmo. Byłem tak ze znajomymi na wystawie Pod-róż-ni-cy i… uważam, że 14 zł za Dunikowskiego to znacznie mniej, niż 0 zł za Pod-róż-ni-ków). A do tego, jak ktoś lubi, można nabyć całkiem niezłe plakaty w przystępnej cenie (tutaj oczko do kogoś, zajmę się tym, gdy tylko będę miał na to czas, obiecuję!).

Wystawa.

Plakat

 Skierowałem się ku przypałacowemu parkowi. Przy wejściu zauważyłem namiot poświęcony kaligrafii. Pod okiem kobiety z obsługi, troje dzieci z mamą siedziały przy czterech pulpitach i ćwiczyły zapis kolejnych liter. Zapytałem się mężczyzny stojącego obok czy udział w zajęciach jest płatny. Odpowiedział, że jest bezpłatny z biletem do parku. Świetna oferta, skorzystam kiedyś, teraz jednak nie miałem na to czasu. Podziękowałem i ruszyłem ku biletomatowi. Wejście do parku miało kosztować mnie 5 zł. 5 zł, które dawało mi jeszcze małą lekcję kaligrafii – świetny układ moim zdaniem. Dziewczyna o azjatyckich rysach sprawdziła mój bilet. Odziana była we flagowy t-shirt pokazu mustache.pl i fundacji Omenaa – grupka czarnych dzieci i kwiatów. Koszulka, unisexowa, z miejsca mi się spodobała. Mam zamiar kupić sztukę. O ile dobrze pamiętam, to był pierwszy raz w wilanowskim parku. Ładne miejsce. Urządzone w barokowym stylu. Z mnóstwem miejsca na spacery, przechadzki, rozmowy. Z ławeczkami, by usiąść. Nim zacznę zwiedzać, zorientuję się gdzie odbędzie się widowisko- pomyślałem. Mijając oranżerię, przez szybę, zauważyłem modelki przygotowujące się do wyjścia na wybieg. Stylistki uwijały się nad nimi. Makijażystki dokładały wszelkich starań, by wydarzenie było idealne. Przez szybę dostrzegłem 2 twarze znane mi z mediów, celebrytów jakiejś miary, nie udało mi się jednak w ramach wewnętrznego dialogu ustalić ich tożsamości.

Przygotowania

 Starsza Pani zauważyła, że z zamysłem robię zdjęcia. Poprosiła, bym zrobił jej zdjęcie w parku. Zgodziłem się. Podała mi tablet. Rozejrzałem się za kadrem. Powiedziałem, by stanęła w pobliżu fontanny. Postanowiła usiąść. Zamierzyłem się i zrobiłem zdjęcie. Wyszło zadowalająco. Przeszedłem kilka kroków i zrobiłem kolejne. Te dwa wyszły znacznie lepiej. Oddałem Starszej Pani tablet, usłyszałem podziękowania, pożyczyliśmy sobie miłego dnia. Ruszyłem ku wejściu oranżerii. Rodziny z dziećmi. Znudzeni prowadzący, usypiający przy stoisku John Lemon. Pytam się dziewczyny o azjatyckich rysach, kiedy zaczynają otwierać drzwi. Spodziewam się akcentu. Mówi czysto. Wejście jest od godziny 14. Dziękuję jej. Rodziny z dziećmi. Na boku widzę, jak grupa chłopców okłada się mieczami z balonów. Robię im zdjęcia. Jestem zafascynowany. Robię im kolejne zdjęcia. To złe zdjęcia. Zbyt szybkie. Nie wybrałem dobrych kadrów. Pani na zdjęciu się drapie. Idę w kierunku, gdzie potem poznaje bobry. Widzę gałąź ułamaną, otoczoną czerwono-białą siatką. Robię jej zdjęcia. Wygląda dla mnie jak miejsce zbrodni. Obracam się. Idę w drugą stronę. Na gzymsie pałacu zauważam interesującą mnie płaskorzeźbę. Zdjęcie wychodzi prześwietlone. Widzę w tym symbolizm natury. Schodzę schodami w dół. Za mną jakaś kobieta żartuje do swojej przyjaciółki, że jest mokra. Zalega cisza. Mężczyzna postanawia nie zrozumieć żartu. Odpowiada coś o pocie. Idę liściastą alejką, otoczoną krzewami. Grupa dwóch kobiet i mężczyzny idzie za mną przez chwilę. Na rozdrożu widzę statuę. Zrobię jej zdjęcie, jeżeli nie będzie widać śmietnika. I tak widać śmietnik, robię jej zdjęcie. Wychodząc, widzę brzeg akwenu wodnego. Na jego powierzchni unosi się kilka łódek. Idę prosto. Mijam łódkę dobijającą do przystani. Siedzą na niej chłopak i dziewczyna. Starszy pan krzyczy do nich komendy. On ma złapać ją za rękę, gdy dobiją do brzegu. Ona ma wstać. Robią co zalecone. Obok stoi dwóch mężczyzn z aparatami na statywach. Robię zdjęcie całej piątce. Bawi mnie to. Idąc dalej widzę rodzinę robiącą zdjęcia ślubne. Na zdjęciach nie widzimy tak wielu rzeczy.

Para na łódce.

 Przechodzę dalej. Podążam ścieżką pomiędzy dwiema wodami. Zadziwia mnie perspektywa. Chcę zrobię zdjęcie. Idzie para z wózkiem. Czekam, aż przejdą. Przymierzam się do strzału. W idealnym momencie, nie zauważyłem go przed pierwsze 3 sekundy, idzie mężczyzna. Robię perspektywie zdjęcie, on trafił w ten punkt. Migawka zapisuje czas. Idę dalej. Tabliczki. Widok na Morysin. Robię krajobrazowi zdjęcie. Myślę „Krajobraz z widokiem na Morysin”.

Widok na Morysin

 Przechodząc przez most, trafiam na wyspę. Tam mija mnie grupa młodych ludzi i matka co najmniej jednej z tych osób. Patrzymy się na siebie. Idę dalej. Wśród krzaków spostrzegam pomnik. Podchodzę do niego. Do pokazu zostało 12 minut. Nie chcę się spóźnić. Stawiam kroki szybciej. Po prawej zauważam drogę zagrodzoną 3 pniami. Na jednym z nich umieszczona jest tabliczka. Ryzyko zawalenia drzew. Tabliczka wygląda na co najmniej 5 letnia. Gdybym chciał coś ukryć, zrobił bym to dokładnie tak. Tylko częściej wymieniałbym tabliczki. Idę kawałek ścieżką. Drogę zatrzymuje mi zawalone drzewo, wyglądające na dość świeże. Moja ochota do pójścia dalej sięga zenitu. Za mało czasu. Zawracam. Tą samą ścieżynką, w przeciwną stronę, idzie grupa młodych ludzi i ich matka co najmniej jednej z tych osób.

Złamany pień

 Dochodzę do oranżerii. Pokaz niedługo się zacznie. Goście zapraszani są już do sali. Fotografowie robią zdjęcia modelkom. Ludzie tłoczą się przed czerwoną linią. Można przez nią spokojnie przechodzić. Biorę darmową oranżadę od Johna Lemona. Smakuje mi. Spoglądam na koszulki prezentowane na wieszaku. Pytam się dziewczyny ile kosztują. 80 zł. Przy sobie nie mam tyle, ale chętnie bym kupił. Kupię kiedyś. Zasiadam na widowni. Rozpoczyna się pokaz. Przy głośnym, afrykańskim rytmie czarnoskóre dzieci chodzą, ubrane w najnowszą kolekcje. Zewsząd błyskają flasze. Omenaa Mensah prowadzi uroczystość. Cóż za postać! Elektryzująca poza. Wapor afrykańskiej sawanny. Korona tego miejsca. Jej falujące włosy tworzą tę uroczystość. Postawa lwicy polującej na gazelę. Gazeli przy wodopoju. Poezja. Złączenie przeciwieństw. Po pokazie kroi przez moment ciasto. Dostaję od niej ostatni kawałek, nim idzie. Ruszają za nią fotografowie. Salę wypełniają celebryci. Nie interesują ich. Interesuje ich Omenaa. Robią jej zdjęcia. Nie mogą się nasycić jej postacią. Wszystkie oczy skierowane są na nią.

Omenaa Mensah kroi ciasto

Tutaj urywam opowieść (choć o koncercie i synchroniczności opowiem w dalszej części). Wprowadzam dygresję. Kilka dni potem dostaję zadanie w pracy. Opisania pewnego wydarzenia. Wydarzenie miało miejsce w parku Saski. A byłem w nim w powyższym opisie po raz pierwszy. Tworzę liryczny opis. Klient jest zachwycony. Kilka dni potem, w tym samym miejscu, odbywa się wydarzenie, które znowu prowadzi Omenaa Mensah. Jest na nim jedna osoba z pracy. Wspomina o Omenie. Jest zachwycona. Rozpływamy się z zachwycie nad Omeną. Koleżanka śmieje się, że w tym zachwycie zasłaniam nos jak mała pastereczka. Jest się czym zachwycać.

 I na tym kończę dzisiejszy wpis. Jeżeli chcesz czytać z niego alchemiczne treści, to musisz już czytać tylko to, czego nie napisałem (jak mówiłem na facebooku – dziękuję sam wiesz kto ;) ).

No dobra. To żeby tradycji stało się zadość, to wpierw musi się ona stać tradycją. Tak więc, najmilsza mi cześć – odnoszenie się do waszych wpisów :)

Smok – Słyszałem, że czas jest iluzją którą tworzymy sobie w głowie, by łatwiej organizować przestrzeń. Czy to nie ciekawa myśl?

Kurde, w ogóle zawsze tak mnie cieszy publikacja nowego wpisu. Lubię dla was pisać :)

No i…

Muzyczka

No tego, dziękówczeka. Za dotrwanie :) Do zobaczenia w następnym wpisie. Mam nadzieję, że tym razem terminowym ;)

0 Flares Facebook 0 0 Flares ×

Informacje o Jeż

Jestem studentem i pracuję.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Oj daj Pan spokój z tą alchemią!

  1. ~Smok pisze:

    Bardzo ciekawa myśl :)
    Przyjemny miły artykuł z morałem ;)
    Pzdr!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>